Blog > Komentarze do wpisu
OPOWIADANIE TOLA SZALEŃCZYKA
NOWIUSIEŃKIE OPOWIADANIE - CZYTAĆ, JAK ZAWSZE, TOLA WARTO!
Tolo Szaleńczyk Opowiadanie pt. „Cdn” Rozdział 1/ Śpiew kastrata Rutynowa zmiana dekoracji na taką samą oderwała z kliszy czasu wczorajsze „Dobranoc”, ustępujące jałowemu biegowi nadciągającej ze wszystkich stron nocy z własnym oświetle-niem, by zwolnić sprzęgło dla rozbiegu ranka, przekształcającego znowu życie w los, który nie wiadomo, czy ci się należy – zapisał przeciągając myślową nić przez niedomkniętą jeszcze szczelinę nocy. Zapisał i poczuł według kanonu „gównaś pełen”, i oddał, co cesarskie. I kiedy z powrotem wtarł w oczy ciągle jeszcze wirującego na jednej nodze tancerza-kosiarza na złotej plamie pszenicy (druga noga w sierp z pokrywki po konserwie) i na dobre rozpatrzył się w podmienionej rzeczywistości, zabrał się za struganie ołówka, czynność nawykłą do za-pachu świeżo parzonej kawy. A teraz sobie opowiem… – machinalnie wkręcał sześciokątną niebieską obsadkę ATOS (jak ta mnisia góra) z miękkim grafitem (czarny szpik kostny) w temperówkę o skośnym ostrzu i jak chłopiec przyglądał się powstawaniu misternych ząbkowanych na błękitno krynolin? su-kienek? To na szyję, a to na mankiety słomkowej Marietty. Grafit pękł. Temperówka z dociśnięciem zakipiała na nowo … na szyję, na mankiety, na podwiązki i na ficzki, i dla piczki. Grafit pękł. I produkcja niebiańskich rekwizytów ruszyła w nowym przyśpiewem. Krynoliny, krynoliny i sukienki dla panienki – tancerz był niestrudzony, noga topniała. Grafik pękł i grafit, wysuwając swe sprawcze żądło, znowu zaczął się rozbierać ze skrzydełek i z sukienek dla nowych sukienek, dla nowych skrzydełek dla tyci-tyci słomkowego anioła… dla Marietty. I … noga mu się znowu powinęła – zu viel des Guten: za wysoki ton bierzesz, nieszczęsny kastracie, dlatego musisz zostać ukarany. Ołówka ubywało, niebiańskości przybywało, jakby ciało (rym nie do uniknięcia) duszą wiało. I wiał czas: wiało, wiało, wiało. A kiedy nachylonemu i wpatrzonemu w popielniczkę, pełną zapasowych skrzydeł od zapachu aniołów zakręciło się w nosie i kichnęło w pawi ten ogon, cały asortyment wzleciał przez łzy w powietrze. Na dywan, na dywan – ucieszyły się, wzbudzone podmuchem, uchylające się drzwi szafy, jakby szafa jak lalka na stojąco otwierała oczy – będzie Szaleńczykowa skrzypieć. Ogryzkiem ołówka wielkości mniej więcej najmniejszego anioła, zgarniając rozłażące mu się litery, wysylabizował: „Byłem taki, kto wie, czy nie jedyny na świecie”. I podpisał się mozol-na kaligrafią: (Koklus Fajus, syn Kloszarda), zamachał ramionami i odleciał. Jedyny taki na świecie, Tolo Szaleńczyk, tęsknie westchnął: Chętnie bym się z nim zamienił, ale kto opowie ciąg dalszy? Że też losowi zawsze trzeba coś udowadniać. I wtedy opowiedział sobie sen drugi (dla okrągłego sensu?) też po okręgu. Na ziemi siedział człowiek. Wokół niego ułożony był krąg z białych kamieni, którego nie wolno mu było przekroczyć. Obok szpadel. Człowiek ten zaczął kopać w ziemi i przysypywać kamienie, żeby zatrzeć zakazaną linię. Kopał, kopał, wybierał ziemię coraz głębiej, a kamienie jakoś nie dawały się zasypać. A kiedy stał już po brodę w dole, szpadel zaśmiał się i pokazał mu język. Rozdział 2/ Taniec ołówków I znowu klepsydra doby wykonała fikołek. A wyglądało to tak, jakby ścięła sobie głowę i nasadziła ją z drugiej strony („parowóz tak może”: tak i tak) i dzień pojechał. Śniły mu się duże obrazy, jakieś panoramiczne akcje, i budził się w świecie mniejszym. Mimo że lekko mu było jak pudłu na kapelusze, czegoś nie dostawało. Plotyn swoją księgę o pięknie zaczyna słowami: „Piękno jest w dziedzinie wzroku i jest go tu bardzo wiele…” Jest? – skierował pytanie do swego przekonania Tolo Szaleńczyk. I z przekonaniem odpowie-dział sobie: Tak nie za bardzo skacze do oczu. Ostatnio bajki ledwie się zaczną przestają być bajkami, a słowa zakłóca szelest elektronicznych papierków po nisko słodzonych cukierkach. Zrób coś – powiedziało szkło do ostrego diamentu, bo matowieję. Wyobraź sobie czystą białą kartkę. Jeśli nie jesteś w stanie wzbudzić w sobie obrazu jej nie-skazitelnej bieli i gotowości ofiary, nie będziesz mógł opowiedzieć tej historii. Niech tak kartka spłynie łagodnie jak liść, w którym założone są przyszłe losy: lot i upadek. Co może dotknąć takiej dziewiczej bieli i odważy się narysować najpiękniejszy śmiertelny wzór życia? Szybka łyżwa ołówka w ręku artysty. Spali się twój tancerz – przemknęło przez głowę ni to wyblakłe echo niedawnego czasu przeszłego, ni to tylko jeszcze bielejący jego cień. A dwoje tancerzy? Ołówki więc niech będą dwa na tym lodowisku, żeby się wzbudziła między nimi pożądana grawitacja: silny chwyt i oddanie. Po obu stronach kartki leżą zatem dwa smukłe, pierwszy raz zaostrzone, ołówki. Jeden o mę-skiej grubej kresce, drugi żeński, cienki. On i ona. On w czerni, w czerwonej sukni ona, siła i fantazja. To dla wyrazistości piruetu – mają przecież pokazać taniec, swój pierwszy taniec, kiedy dotyk przenika dotyk i ciemnieje krew. Na razie tancerze lekko pobudzeni popatrują na siebie. I kiedy odwieczny zew, to tajemnicze ciążenie ku sobie staje się pulsujące, ochoczo wyskakują na białą taflę. Powinni się sobie ukłonić, przynajmniej on, wszak to zaproszenie do tańca, a ona chociaż główką, gdzie miękka gumka, dyskretnie odpowiedzieć. Nie oczekujmy tego po pięknych tancerzach – zbyt dumnie, wyprężeni jak kadeci. - Najpierw pokażę ci moją kreskę. Uważaj, naznaczam moje pole mocy. Nie wolno ci go przekroczyć. A ona w odpowiedzi: - „Oplotę cię moją niteczką i delikatnie przywiążę do sie-bie. Uważaj, nie przerwij. Jeżeli okażesz się dziki, oboje połamiemy sobie nogi na tym lodzie”. – A ty, jeśli nie będziesz powolna mojemu krokowi, zamęczysz mnie na śmierć. – Ale nie upuścisz tej porcelany? – Ujmę cię pewnie i wsłucham się w twój dźwięk. – Jaki to będzie taniec? – Miłosny przecież. – Więc oszołom mnie. – Będę cię wielbił. – A muzyka? – Ta, która w sobie usłyszysz. I ruszył ołówek czarny do solowego popisu. Z rozbiegu z wielką maestrią wyprowadził kilka śnieżnych kwiatów i ciasno owinął je kreską z zamaszystym podpisem. Oto zaręczynowy bukiet dla ciebie. A ona rozkwitła jedną jedyną pyszną różą. Najpierw misternie ją narysowała i owionęła sobą, a potem zdarła z siebie suknię i pomalowała nią tę różę, aż kartka zaświeciła pożarem. To dla ciebie ofiara – niech ta krew nas połączy. I ruszyli w płomiennym uniesieniu. I spletli się wzajemnie, i folgowali porywom fantazji: krok prowokował krok, zawijające pas było ścigane przez pas odwijające lot przez jeszcze wyższy lot. A gdzieś w niebiosach odpowiadały im dzwony: od siebie i do siebie, od siebie i do siebie. Aż rozhuśtali i pocięli całą kartkę. A aniołów jakby nasypało. Gdyby dla przezroczystości nie wyzuły się z własnych błękitów, zobaczyłbyś je rozdziawione jak pisklaki. A serca omal nie rozniosą piersi, lecz oni w zapamiętaniu nie przerywają tańca – spieszą się, nim na dobre zetrze się grafit. Jak krótkie jest życie, jak szybki jego płomień! Już brakuje im tchu, już ciemnieje w oczach, już więdną ruchy. A ręka? Sama ręka? Omdlewająca ręka artysty?! - Wolniej, serce, wolniej, przerwij, bo umrzesz! - Nie, nie, nie! Muszę dorysować – akt ma być doskonały, niech się Bóg w sobie poruszy. A dalej niech każdy sam sobie dopowie według wzbudzonej miłości. Czy złamał ją, i kiedy naprawdę zatrzeszczało, ona przebiła go drzazgą z siebie, i on zobaczył własną krew, czy – ręka nie dorysowała?
czwartek, 06 października 2016, tamarabejot

Polecane wpisy